40 motocyklistów kupiło wszystkie zabawki w sklepie po tym, jak usłyszeli, co kierownik powiedział matce zastępczej
Byłem tam. Widziałem każdą chwilę. Kiedy to się skończyło, ani jedna osoba w tym sklepie nie miała łez w oczach – nawet kierownik, który to wszystko zaczął.
Nazywam się Robert. Mam 63 lata i jeżdżę z motocyklem Iron Brotherhood od 31 lat. Tego dnia byliśmy na naszym corocznym świątecznym biegu z zabawkami, zbierając datki dla dzieci w schroniskach i domach grupowych. Czterdzieści osób właśnie wjechało na duży parking sklepu z zabawkami, gotowi wydać zebrane 8000 dolarów.
Wtedy usłyszeliśmy krzyki.
Z punktu obsługi klienta dobiegł drżący, rozpaczliwy kobiecy głos.
„Proszę, błagam! Te dzieci nic nie mają. Nigdy nie miały prawdziwych świąt. Muszę tylko zwrócić te rzeczy i kupić zabawki”.
Wszyscy czterdziestu się zatrzymaliśmy.
Kierownik, mężczyzna po czterdziestce z zadowolonym wyrazem twarzy, pokręcił głową.
„Proszę pani, mówiłem pani. Te artykuły są już poza oknem zwrotu. Nic nie mogę zrobić”.
„Ale kupiłem je trzy tygodnie temu! Na paragonie jest napisane, że zwrot jest możliwy w ciągu trzydziestu dni!”
„System mówi co innego”.
Mama Linda, kobieta przy biurku, trzymała kosz z artykułami gospodarstwa domowego – ręcznikami, pościelą, przyborami kuchennymi. Za nią stało sześcioro dzieci w różnym wieku i różnych ras, wszystkie w niedopasowanych ubraniach, wpatrzone w podłogę.
Najstarsza dziewczynka, może czternastoletnia, wyszeptała:
„W porządku, mamo Lindo. Nie potrzebujemy zabawek”.
To coś we mnie złamało.
Podszedłem bliżej. Moi bracia poszli za mną. Oczy kierownika rozszerzyły się, gdy zobaczył zbliżających się czterdziestu motocyklistów.
„Proszę pana, jeśli jest jakiś problem
…” „Nie ma problemu” – odpowiedziałem spokojnie. „Tylko słucham”.
Oczy mamy Lindy były zaczerwienione od płaczu. Wyglądała na zmęczoną w sposób, którego sen nie leczy.
„Przepraszam” – powiedziała. „Nie chciałam robić sceny. Po prostu pójdziemy”.
„Czekaj” – powiedziałem łagodnie. „Co tu się dzieje?”
Zawahała się. Kierownik skrzyżował ramiona.
„To prywatna sprawa…”.
„Nie mówiłam do ciebie” – powiedziałam, nie spuszczając wzroku z Mamy Lindy.
Wzięła drżący oddech.
„Jestem matką zastępczą. Mam sześcioro dzieci, troje z nich trafiło do mnie w zeszłym miesiącu z bardzo złych sytuacji. Państwo daje nam stypendium, ale ledwo wystarcza na jedzenie i ubrania. Z własnych pieniędzy kupowałam artykuły gospodarstwa domowego – ręczniki, pościel, podstawowe rzeczy. Ale potem dowiedziałam się, że żadne z tych dzieci nigdy nie miało prawdziwych świąt. Chciałam je oddać, żeby kupić im zabawki. Zasługują na jedne udane święta”.
Kierownik prychnął.
„Proszę pani, zasady to zasady. Nie mogę robić wyjątków”.
Powoli odwróciłam się do niego.
„Jaka jest polityka?”
„Trzydziestodniowe okno zwrotu. Ma trzydzieści dwa dni. System na to nie pozwala”.
„Dwa dni” – powiedziałem. „Dwa dni po otwarciu okna. Na artykuły gospodarstwa domowego, które kupiła dla dzieci z rodzin zastępczych. Żeby mogła dać im prezenty na Boże Narodzenie”.
Najmłodsze dziecko, czteroletni chłopiec, pociągnął Mamę Lindę za rękaw.
„Mamo, co to są Święta?”
Mama Linda uklękła i wyjaśniła drżącym głosem:
„Boże Narodzenie to wyjątkowy dzień, w którym ludzie dają prezenty tym, których kochają. Święty Mikołaj przynosi zabawki grzecznym dzieciom”.
„Czy jestem grzeczny?” zapytał.
„Jesteś bardzo grzeczna, kochanie”.
„To dlaczego Święty Mikołaj nie wie, gdzie mieszkam?”
To wystarczyło.
Odwróciłem się do moich braci. Czterdziestu mężczyzn w skórzanych kamizelkach, brodach i tatuażach – mężczyzn, których kierownik prawdopodobnie unikał na ulicy. Nie musiałem nic mówić. Już wiedzieli, co robić.
„Ile kosztują rzeczy, które chce zwrócić?” – zapytałem.
Kierownik niechętnie sprawdził.
„247 dolarów”.
Położyłem 300 dolarów na ladzie.
„Ona zatrzyma wszystko. A my dopilnujemy, żeby te dzieci miały święta”.
Kierownik mrugnął.
„Słyszeliście mnie” – powiedziałem. „Chłopaki, przyszliśmy tu kupić zabawki dla dzieci, które ich potrzebują. Chyba właśnie znaleźliśmy te, które potrzebują ich najbardziej”.
To, co wydarzyło się później, było niezapomniane.
Czterdziestu motocyklistów rozeszło się po sklepie, napełniając wózki i koszyki. Zadawali Mamie Lindie pytania o zainteresowania każdego dziecka, starannie dobierając zabawki: przybory plastyczne dla Destiny, dinozaury dla Marcusa, zestawy LEGO dla bliźniaków, lalki dla Keishy, zdalnie sterowane samochody dla Jerome’a.
Tiny, motocyklista, nie naciskał na uciszonego Jerome’a. Po prostu cierpliwie czekał. Jerome wskazał, Tiny skinął głową. To wystarczyło.
Pod koniec dwanaście wózków było przepełnionych zabawkami. Wydaliśmy każdy grosz z zebranych 8000 dolarów. Potem bracia zaczęli korzystać z własnych pieniędzy. Łącznie wydaliśmy: 11 847,63 dolarów.
Mama Linda płakała. „Nie wiem, jak ci dziękować”.
„Nie musisz” – powiedziałem. „Obiecaj mi tylko jedno – powiedz tym dzieciom, że obcy się o nie troszczą. Że są dla nich ważne. A kiedy mogą, powinny zrobić to samo dla kogoś innego. W ten sposób zmieniamy świat”.
W ciągu kilku minut inni klienci i pracownicy wpłacili kolejne 2000 dolarów.
Poszliśmy za Mamą Lindą do domu i przez ponad godzinę nosiliśmy zabawki do środka. Rozłożyliśmy choinkę, udekorowaliśmy ją i zamieniliśmy jej mały salon w miejsce pełne świątecznej magii.
Czteroletni Marcus rozejrzał się z podziwem.
„Czy to naprawdę?”
„Tak, kochanie. To naprawdę”.
„Czy już są święta?”
„Będą za dwa tygodnie. Ale chcieliśmy się upewnić, że prezenty na ciebie czekają”.
„Jesteś Świętym Mikołajem?”
„Nie, kolego. Jestem tylko motocyklistą”.
„Jak superbohater?”
„Coś w tym stylu”.
Przytulił mnie. Płakałam.
Destiny podała mi później rysunek – czterdziestu motocyklistów otaczających szóstkę dzieci.
„Czy to anioły?” – zapytała.
„Nie, jesteśmy motocyklistami” – odpowiedziałem. „A może trochę jednego i drugiego”.
Nadal odwiedzamy Mamę Lindę i dzieci. Rozwijają się znakomicie. Marcus chce zostać motocyklistą. Destiny jest nagradzaną artystką. Jerome marzy o zostaniu ojcem zastępczym.
Oto dziedzictwo czterdziestu motocyklistów kupujących zabawki w sklepie: pokazują dzieciom, że są ważne, udowadniają, że nawet najżyczliwsi ludzie mogą wydawać się najtwardszymi, i że jeden akt miłości może mieć długotrwałe skutki.
Kierownik? Zwolniony dwa tygodnie później za niezwiązane z tym wykroczenia. Ale to nie miało znaczenia. Liczyło się to, że szóstka dzieci obudziła się w swoje pierwsze prawdziwe święta Bożego Narodzenia, wiedząc, że są kochane.
Wesołych Świąt, Marcusie. Destiny. Keisho. Jerome. Bliźniaki. Jesteście widziani. Jesteście kochani. Jesteście tego warci.