W domu Rufus okazał się najłatwiejszym współlokatorem, jakiego kiedykolwiek miałem. Jasne, zjadł cały bochenek chleba z blatu i przewrócił lampę, goniąc za swoim ogonem, ale było w nim ciepło, które wszystko wybaczało. Codziennie witał mnie merdającym ogonem, a nocą zwijał się w kłębek obok mnie, kładąc głowę na moich kolanach, przypominając mi, że nigdy nie jestem sam.
Rozgrzewająca opowieść o nieprawdopodobnej miłości i narodzinach zdrowej córki
