Ciąg dalszy historii

— Znajdę tymczasowe rozwiązanie. Nie kapitulację. Milczał. — I jeszcze, Krzysztofie. — Co? — Nigdy więcej nie nazywaj mojej pracy „bazgrołami”. Skinął.

— Nie będę. Spojrzała na niego zmęczonym, ale już nie lodowatym wzrokiem. — I zapamiętaj: nie jestem przeciw twojej rodzinie. Jestem przeciw temu, by robić ze mnie winną tylko dlatego, że żyję po swojemu. Opadł ciężko na kanapę. — Nie sądziłem, że to tak daleko zaszło. — Zaszło dawno. Dzisiaj tylko przestaliśmy udawać.

Stali w jednym pokoju — jeszcze nie pogodzeni, ale już nie na krawędzi eksplozji. Po chwili Krzysztof powiedział: — Zadzwonię do niej jutro. — Dzisiaj. Zadrżał. — Dzisiaj?

— Dopóki pamiętasz, że to twoje życie. Spojrzał na telefon leżący na kanapie. Zawahał się. Potem go wziął. I wyszedł do przedpokoju. Magdalena została sama.

Podeszła do stołu, przeciągnęła palcem po gładkiej powierzchni. I po raz pierwszy tego wieczoru pozwoliła sobie na uśmiech. Mały. Twardy. Taki, jaki mają ludzie, którzy właśnie obronili swoje prawo do bycia sobą.