Nie chciał, żebym postrzegała go jako kruchego. W jego mniemaniu bycie silnym było sposobem na wspieranie nas obojga.
Rozdzierające serce odkrycie.
Kierowany trudną do opisania potrzebą, poszedłem nad jezioro. Pod drzewem znalazłem małe, drewniane pudełko, nadgryzione zębem czasu. W środku listy. Dziesiątki. Po jednym na każde urodziny, których nasz syn nie mógł świętować.
Każdy list był podpisany po prostu: „Tato”.
Czytając je, zrozumiałem. Każde słowo niosło miłość, poczucie winy, czułość i ból, których nigdy nie był w stanie wyrazić na głos. Jego żal nie był nieobecny. Po prostu był cichy.
Uczymy się rozpoznawać niewidzialne formy miłości