Karl przykucnął przed dziewczynką. Jego głos był łagodny, ale stanowczy.
— Jak masz na imię, skarbie?
— Lina — odpowiedziała niemal niesłyszalnie. Przełknęła ślinę, a jej wzrok powędrował ku owczarkowi stojącemu obok.
— Proszę pana… Mama od dwóch dni nic nie jadła.
Karl zamarł. Spojrzał w kierunku, w którym patrzyła Lina — ku cieniowi rozłożystego dębu. Tam, oparta o pień, siedziała blada kobieta, owinięta cienkim kocem. Nawet z tej odległości widać było wyczerpanie na jej twarzy. Owczarek cicho skomlał, trącając jej dłoń nosem, jakby błagał, by nie zasypiała.
Karl znów spojrzał na Linę.
— Sprzedajesz rower, żeby kupić jedzenie?
Skinęła głową.
— Mama mówiła, że wszystko się ułoży, ale… — Jej głos się załamał. — Pomyślałam, że może ktoś go kupi.
Serce Karla ścisnęło się boleśnie. Widział w życiu wiele cierpienia, ale czegoś takiego — nigdy. Dziecko gotowe oddać swoją radość, by przetrwać.
Bez słowa sięgnął do kamizelki, wyjął gruby plik banknotów i włożył go w jej drżące dłonie.
— Zatrzymaj swój rower, mała — powiedział cicho. — Już nie jest na sprzedaż.