—Wiesz, czego mi najbardziej brakuje na świecie? Tego, żeby ktoś pamiętał, bez konieczności mówienia, jak bardzo lubię pić kawę.
Głos starca był cichy, niemal szeptem przepraszającym za istnienie, gdy z trudem usadowił się w swoim zwykłym kącie w Rosy’s Diner. Jego dłonie, naznaczone czasem i pokryte plamami starczymi, lekko drżały, gdy próbował rozłożyć gazetę. Dla Waltera Fincha był to raczej święty rytuał niż prawdziwa lektura; jego wzrok nie był już tak skupiony jak kiedyś, ale nawyk trzymał go twardo na ziemi.
28-letnia Mara Brennan zatrzymała się gwałtownie z ekspresem do kawy w dłoni. Pracowała tam jako kelnerka od sześciu lat, odkąd rachunki za leczenie matki pochłonęły jej oszczędności na studia i marzenia o zostaniu architektem. W tym czasie rozwinęła smutną, ale przydatną supermoc: nauczyła się słyszeć to, czego ludzie nie mówią.
„Dwie saszetki cukru, bez śmietanki” – powiedziała z autentyczną słodyczą, nalewając mu do kubka ciemny, parujący płyn. „I wiem, że lubi najpierw zamknąć dział sportowy, choć wiem, że pierwszą rzeczą, jaką czyta, są nekrologi, żeby sprawdzić, czy zostali jacyś przyjaciele”.
Walter podniósł wzrok. Jego niebieskie oczy, wyblakłe od lat, nagle zabłysły stłumionym łzami.
„Ty… ty zauważyłeś”. „Każdy zasługuje na to, żeby być zauważonym, panie Finch” – odpowiedziała Mara z ciepłym uśmiechem.
Ta wymiana zdań miała miejsce cztery miesiące temu. Od tego dnia Walter stał się częścią serca Mary. Każdego ranka, punktualnie o 7:15, wpadał do domu, ubrany w wełniany kardigan, nieco za duży na jego wychudłą sylwetkę, i w starannie wypastowanych butach. Pomimo swojej kruchości, nigdy nie zamawiał wiele. Tostów, jajecznicy i kawy. Rachunek rzadko przekraczał osiem dolarów, ale zawsze zostawiał pięć dolarów napiwku. Dla dziewczyny, która liczyła każdy grosz, żeby zapłacić czynsz, to była fortuna, ale najbardziej ceniła nie pieniądze, a jego towarzystwo.