Teściowa rządzi, mąż milczy: jak jedna kobieta zmęczyła się byciem dar

W głowie kręciły się urywki myśli.

Wstaje o piątej rano, bo Alosza płacze.

Karmi, zmienia pieluchę, kołysze.

Igor śpi — on przecież do pracy.

Ona gotuje obiad, pierze, prasuje, sprząta.

I znowu karmi, i znowu kołysze.

A wieczorem Igor wraca i pyta: „Co, cały dzień siedziałaś w domu?

Masz szczęście!”.

Szczęście.

Jasne.

Zwłaszcza kiedy o trzeciej w nocy dziecko ma gorączkę, a ty siedzisz i liczysz minuty między oddechami.

Kiedy sama nie spałaś trzy doby, a mimo to uśmiechasz się i udajesz, że wszystko jest wspaniale.

Kiedy chce się wyć ze zmęczenia, ale śpiewasz kołysanki.

— Wiesz co? — Rita gwałtownie odwróciła się do męża.

— To ja też coś postanowię.

Bez ciebie.

Na przykład, że twoje koszule nie muszą już być prasowane.

Albo że kolację może gotować twoja mama, skoro tak lubi podejmować decyzje za naszą rodzinę.

— Rita, co ty wyprawiasz? — Igor zamrugał zdezorientowany.

Wyraźnie nie spodziewał się sprzeciwu.

— Jakaś histeria?

— To nie histeria, — syknęła przez zęby.

— To się nazywa „mam dość”.

Wiesz, co twoja mamusia powiedziała mi wczoraj?

Że poświęcam za dużo czasu na gotowanie.

Że można prościej.

A kiedy zapytałam, czy nie chce pomóc z Aloszą, żebym mogła spokojnie ugotować obiad, wiesz, co usłyszałam?

„Oj, Ritulka, bolą mnie plecy.

Swoich wychowałam, teraz twoja kolej”.

Za to do podejmowania decyzji plecy nie przeszkadzają!

Igor milczał.

Zawsze milczał, kiedy rozmowa schodziła na jego matkę.

Święta kobieta, która „całe życie położyła na dzieci”.

Tak, położyła.

I teraz uważa, że dzieci powinny spłacać to do końca życia.

Zadzwonił dzwonek do drzwi.

Oczywiście, to była ona — Walentyna Pietrowna we własnej osobie.

I, sądząc po odgłosach w przedpokoju, nie sama.

— Ritulka, słoneczko! — teściowa wpadła do kuchni w obłoku duszących perfum.

— Oj, wy jeszcze jecie śniadanie?

Igorciu, synku, spóźnisz się do pracy!

Za nią dreptała Olesia — kopia matki, tylko o trzydzieści lat młodsza.

Te same gesty, ten sam sposób mówienia, ta sama mina wiecznej ofiary losu.

— Cześć, — burknęła szwagierka, siadając ciężko na krześle.

— Rita, zrobisz kawę?

Nie spałam całą noc, nie mogę sobie znaleźć miejsca.

Myślę, czy nie zacząć brać czegoś na sen.

Chociaż lekarze teraz tacy, nic porządnego nie wypisują…

Rita w milczeniu włączyła ekspres.

W skroniach jej pulsowało.

Walentyna Pietrowna już dowodziła w jej kuchni, wyciągała filiżanki, wykładała ciasteczka, które Rita trzymała dla gości.

— Więc tak, o czym chciałam porozmawiać, — teściowa usiadła wygodniej, całym sobą pokazując, że rozmowa będzie długa.

— Olesenka jest teraz w bardzo trudnej sytuacji.

Ten łajdak Wiktor…

Ale po co o nim mówić.

W skrócie: sprzedają mieszkanie, trzeba oddać długi.

Olesia na razie pomieszka u mnie, ale musi się urządzić dla dziecka.

A tu akurat wasze łóżeczko…

Aloszence już jest trochę za małe, niedługo skończy trzy latka…

— Dwa, — automatycznie poprawiła Rita.

— Ma dwa lata.

— Dwa, trzy — jaka różnica? — machnęła ręką teściowa.

— Chłopcu potrzebne jest prawdziwe łóżko, a nie te niemowlęce łóżeczka.

No i moja sąsiadka, Ludmiła Iwanowna…

— Nie, — powiedziała cicho Rita.

— Co „nie”, słoneczko? — Walentyna Pietrowna mrugnęła, jakby nie dosłyszała.

— Łóżeczka nie oddamy.

To nasze łóżeczko, kupiliśmy je dla naszego dziecka.

Aloszy jest w nim wygodnie, jest do niego przyzwyczajony.

I w ogóle dlaczego mam tłumaczyć, co robić z rzeczami we własnym domu?

Zawisła cisza.

Olesia przestała narzekać na bezsenność i wpatrywała się w Ritę jak w kosmitkę.

Walentyna Pietrowna zacisnęła usta — pewny znak nadciągającej burzy.

— Igor, — powiedziała teściowa lodowatym tonem.

— Twoja żona dziś nie jest w nastroju.

Może ty jej wytłumaczysz, jak w normalnych rodzinach pomaga się krewnym?

Igor wiercił się na krześle.

Rita widziała, jak miota się między chęcią przypodobania się matce a strachem przed żoną.

Zwykle wygrywało to pierwsze.

— Rita, no naprawdę, czemu tak się uparłaś?

To łóżeczko nie jest złote.

Kupimy inne.

— Za jakie pieniądze? — Rita poczuła, jak wzbiera w niej fala złości.

— Za te, które oddałeś swojej mamusi w zeszłym miesiącu?

Albo za te, które „pożyczyłeś” Olesi przedwczoraj?

A może za moje pieniądze z macierzyńskiego, których ledwo starcza na pieluchy?

— Co to ma do rzeczy? — Igor się oburzył.

— Zarabiam wystarczająco!

— Oczywiście, wystarczająco.

Dla twojej mamy i siostry — na pewno wystarczająco.

A dla żony i syna można oszczędzać.

Wiesz, ile razy w ostatnim miesiącu słyszałam, że „nie trzeba kupować drogich pieluch”, że „można wziąć tańszą mieszankę”, że „po co dziecku tyle zabawek”?

Za to gdy twojej siostrze potrzebne były pieniądze na nowy telefon, nie pytałeś, czy można taniej!

— Jak śmiesz! — Walentyna Pietrowna zerwała się z krzesła.

— Igor, słyszysz, jak ona do mnie mówi?

Ja was dwoje wychowałam sama, bez męża, wszystkiego sobie odmawiałam!

I taka wdzięczność!

„Zaczęło się”, pomyślała zmęczona Rita.

Popisowy numer teściowej — łzy obrażonej matki.

Zaraz będzie opowieść o trudnym dzieciństwie, o tym, jak pracowała na trzech etatach (choć Rita wiedziała, że był tylko jeden — w bibliotece), jak nie dojadała, nie dosypiała…

— Mamo, uspokój się, — bąknął Igor.

— Rita nie to miała na myśli.

Prawda, Rito?

Rita spojrzała na męża.

Na jego winny wyraz twarzy, przygarbione ramiona, ręce schowane w kieszeniach jak u winnego ucznia.

I nagle zrozumiała — nic się nie zmieni.

Nigdy.

On będzie się tak miotał między mamą a żoną, za każdym razem wybierając tę, która głośniej krzyczy i mocniej naciska.

— Wiecie co? — Rita wyprostowała się.

— Bierzcie łóżeczko.

Bierzcie w ogóle wszystko, co chcecie.