Kolejne dni zlały się dla Darii w jedną mętną smugę bólu, zmęczenia i strachu. Prawie nie spała


— Dzień dobry — odezwała się Ludmiła Wiktorowna z wymuszonym uśmiechem. — Mam nadzieję, że wszystko przemyślałaś. I wtedy drzwi znów się otworzyły. Do holu weszli kolejni ludzie. Pierwsza — kobieta około pięćdziesiątki, wyprostowana, surowa, w prostym płaszczu. Za nią — mężczyzna w mundurze wojskowym, z przypiętymi odznaczeniami. Obok nich jeszcze dwie osoby, z których jedna niosła ogromny bukiet białych róż. Radosław powoli się odwrócił.