Prośba, która wszystko zaczęła
Właśnie zaczynałam się odprężać, gdy do mojego rzędu podszedł mężczyzna z małą córeczką. Nie mogła mieć więcej niż siedem, może osiem lat – błyszczące oczy, warkoczyki, taka energia, że człowiek uśmiecha się, nie zdając sobie z tego sprawy. Wdrapała się na środkowe siedzenie obok mnie, a jej mała buzia rozpromieniła się, gdy zobaczyła okno.
Potem światło zgasło tak szybko, jak się pojawiło. Zdała sobie sprawę, że nie będzie siedzieć obok niego.
Jej ojciec, uprzejmy, ale stanowczy, pochylił się w moją stronę. „Czy mogłaby pani zamienić się miejscami, żeby moja córka mogła wyjrzeć na zewnątrz?”
Powiedziano to w miłym tonie, ale wyczuwało się w nim pewne oczekiwanie, takie, które sprawia, że czujesz, iż jedyną akceptowalną odpowiedzią jest „tak”.
Uśmiechnąłem się i powiedziałem cicho: „Przepraszam, ale tak naprawdę wybrałem to miejsce wcześniej”.
Jego wyraz twarzy zmienił się – tylko nieznacznie, ale na tyle mocno, by zaboleć. Skinął sztywno głową, uspokoił się i usłyszałem, jak mruczy pod nosem: „Niektórzy dorośli nigdy nie uczą się dorastać”.
Słowa te uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałem.