Widok z okna
Gdy samolot zaczął schodzić, światło słoneczne rozlewało się po chmurach niczym płynne złoto. Świat w dole wydawał się mały i spokojny, nietknięty hałasem osądów i oczekiwań.
Pomyślałam o tym, ile razy powiedziałam „tak” ze strachu – strachu przed rozczarowaniem kogoś, strachu przed osądzeniem za chłodną, strachu przed wyróżnieniem się. I jak często te „tak” mnie wyczerpywały.
Wyjątkowo powiedziałam „nie” i świat się nie skończył.
Właściwie zrobiło się ciszej. Łagodniej. Łagodniej.
Kiedy samolot wylądował, ojciec uśmiechnął się do mnie, gdy zbieraliśmy nasze rzeczy. Nie były to przeprosiny, ale wystarczyły. Dziewczynka pomachała. „Pa, pani z okienkiem!” powiedziała radośnie.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. „Pa, kochanie”.
Idąc przez rękaw lotniczy, niosłem ze sobą coś o wiele cenniejszego niż jakakolwiek pamiątka: świadomość, że granice nie są murami, lecz oknami.
Wpuszczają światło i pozwalają oddychać.