Zobaczył, że ręce mężczyzny są związane. To nie był przypadek. Chwycił go pod pachy i próbował ciągnąć ku brzegowi. Każdy metr był jak walka z potworem. Prąd wciągał ich z powrotem.
Ale chłopak nie puścił. Jakaś dzika siła, może dziecięcy upór, trzymała go przy życiu. Wreszcie dopłynęli do mielizny. Gonzalo opadł na błoto, kaszląc, dławiąc się wodą.
– Oddychaj, proszę… – wysapał Miguel.