Uśmiechała się, jakby to już było zapisane w gwiazdach.
Z czasem to oceny zaczęły mówić za mnie. Najwyższa średnia. Nauczyciele nazywający mnie „przykładem”. Koledzy nadali mi nowe przezwisko, mniej złośliwe, ale wciąż oddzielające:
— Kujon.
— Jasne, że ma same piątki, nie ma życia.
— Nauczyciele mu pomagają, bo jest im go żal.
Zaciskałem zęby i robiłem swoje.
Aż pojawił się profesor Anderson, mój nauczyciel matematyki. Koło czterdziestki, zawsze lekko krzywy krawat, rozczochrane włosy i kubek kawy, jakby był częścią jego ciała.
Pewnego dnia zatrzymał się przy mojej ławce.
Na biurku miałem wydrukowane zadania z uniwersyteckiej strony — poza programem.
— Tego nie ma w podręczniku.
Zesztywniałem, jakbym został przyłapany na kradzieży.
— Lubię je robić.
Nie zganił mnie. Przysunął krzesło i powiedział zdanie, które coś we mnie przełamało, bo było proste i prawdziwe:
— Liczb nie obchodzi, czym zajmuje się twoja mama.
Spojrzał mi w oczy, bez litości i bez współczucia.
— Myślałeś o inżynierii? O informatyce?
Zaśmiałem się gorzko.
— To studia dla ludzi z pieniędzmi. My ledwo wiążemy koniec z końcem.
Nie podniósł głosu. Nie wygłosił mowy motywacyjnej.
— Są stypendia. Są zwolnienia z opłat. Są zdolni chłopcy, którzy zaczynają od zera. Ty jesteś jednym z nich.
Został moim sojusznikiem. Dawał mi zadania „dla sportu”, pozwalał jeść lunch w swojej sali, udając, że potrzebuje pomocy, opowiadał o algorytmach jak o historiach z baru.
Pokazał mi uczelnie, które dotąd widziałem tylko w filmach.
— Takie miejsca rywalizują o studentów jak ty — powiedział kiedyś.
— Nie jeśli zobaczą mój kod pocztowy.
Westchnął.
— Liam, twój adres nie jest wyrokiem.
W ostatniej klasie położył na mojej ławce elegancką broszurę. Rozpoznałem logo jednego z najlepszych wydziałów inżynieryjnych w kraju.
— Chcę, żebyś tu złożył podanie.
Patrzyłem, jakby proponował mi przeprowadzkę na Marsa.
— Nie mogę zostawić mamy. Bierze podwójne zmiany. W nocy sprząta biura. Pomagam jej.
— Nie mówię, że będzie łatwo. Mówię, że zasługujesz na wybór. Nie mów „nie” w imieniu świata. Najwyżej to oni ci odmówią.
Pomógł mi też z esejem. Pierwsza wersja była pełna pustych fraz: „Lubię matematykę i chcę zmieniać świat”.
Przeczytał i pokręcił głową.
— To mógł napisać każdy. Gdzie jest Liam?
Więc napisałem naprawdę.
O budzikach przed świtem. O pomarańczowych kamizelkach. O butach ojca stojących przy drzwiach jak puste miejsce. O mamie, która uczyła się dawek leków, a teraz dźwigała zbyt ciężkie worki.
I o najgorszym: o kłamstwach.
O tym, że mówiłem, że mam przyjaciół.
Kiedy skończyłem, profesor Anderson milczał chwilę.
— Teraz widać, kim jesteś.
Mail przyszedł we wtorek rano.
„Wynik rekrutacji”.
Kliknąłem.
„Gratulujemy…”
Przeczytałem trzy razy. Śmiech przeszedł w płacz.
Mama czytała list i jej twarz rozświetlała się jak od środka.
— Naprawdę idziesz na studia… naprawdę.
Świętowaliśmy tanią tortą i plastikowym banerem „GRATULACJE”.
Postanowiłem, że prawdziwy szczegół — nazwa uczelni i pełne stypendium — ogłoszę na zakończeniu roku. Chciałem, żeby to był jej moment.