Wskazywała na fortepian koncertowy Arthura.
To był wspaniały Steinway, którego polerowana, hebanowa powierzchnia lśniła w blasku ognia. Był sercem pokoju, strażnikiem tysięcy wspomnień z wieczornych koncertów, kolęd i dłoni mojego męża tańczących na klawiszach.
„Nie pozbędziemy się fortepianu, Claudio” – powiedziałem cicho, ale stanowczo. Siedziałem w swoim zwykłym fotelu, z otwartą, ale nieprzeczytaną książką na kolanach.
Odwróciła się do mnie z niedowierzającym, drwiącym uśmiechem na twarzy. „Agnes, bądź poważna. To relikwia. Jest ciemna. Jest ciężka. I zajmuje jedną trzecią pokoju. Musi zniknąć”.
„To należało do twojego teścia” – powiedziałem, zerkając na Victora, który stał przy oknie, udając, że obserwuje burzę. „Zostanie”.
„To jest warte kupę forsy” – naciskała Claudia, a jej głos brzmiał jak drapanie paznokciami po tablicy. „Pieniądze, które moglibyśmy przeznaczyć na remont. Pieniądze, które moglibyśmy zainwestować w nowy biznes Victora”.
„Są rzeczy ważniejsze niż pieniądze” – odpowiedziałem, czując, że moja cierpliwość jest niebezpiecznie mała.
Claudia wybuchnęła ostrym, teatralnym śmiechem. „Och, proszę, nie rób mi wykładu o pieniądzach. Twój sentymentalizm nas powstrzymuje. Powstrzymuje Victora”.
To był koniec. Ostatnia kropla.
Wstałam, a moje ciało drżało z zimnej furii. „Mówisz o spuściźnie mojego męża. To mój dom”.
Uśmiech Claudii zniknął. Jej twarz stwardniała w okrutną, triumfalną maskę. Zrobiła krok w moją stronę, a jej oczy błyszczały.
„Nie” – powiedziała, a jej głos zniżył się do niskiego, jadowitego syku. „Mylisz się. To już nie jest twój dom. Powinieneś odejść”.
Słowa zawisły w powietrzu, brutalne i bezwzględne.
Zegar na kominku zdawał się przestać tykać. Trzaskający ogień w kominku zdawał się ucichnąć. Czułem, jak krew odpływa mi z twarzy.