MOJE „ZŁOTE DZIECKO” SPRZEDAŁO

Dziś były urodziny Eleanor. Trzy lata od jej śmierci. Planowałem spędzić ranek w ciszy w tym pokoju z jej naszyjnikiem w dłoniach, tak jak robiłem to w inne trudne dni, pozwalając, by chłodny ciężar przyciągał ją bliżej w moich myślach.

Ale pudełko było puste.

Na dole dom zupełnie nie przejmował się moją paniką. Stara klimatyzacja szumiała, walcząc z upałem Arizony. Z dużego telewizora w salonie leciała powtórka meczu futbolowego. Mój zięć, Michael, rozciągnął się na kanapie z nogami opartymi o podłokietnik, a paczkę chipsów trzymał na piersi. Moja wnuczka Amber siedziała na schodach z telefonem przy uchu, narzekając jakiejś koleżance na to, jakie nudne jest Phoenix i jak nie może się doczekać powrotu do Kalifornii. Moja córka Jennifer krzątała się po kuchni, jakby była jej właścicielką, z nożem w dłoni, siekając warzywa gwałtownymi, gniewnymi ruchami.

„Jennifer” – powiedziałam, wchodząc do drzwi. „Widziałaś naszyjnik Eleanor?”

„Jestem zajęta, tato”. Nie podniosła wzroku. Nóż uderzał o deskę do krojenia w twardym, jednostajnym rytmie. „Sprawdź swój pokój. Pewnie zapomniałeś, gdzie go położyłeś”.

„Sprawdziłam swój pokój” – powiedziałam, starając się zachować spokój. „Sprawdziłam wszędzie. Naszyjnik zniknął”.

Wydała z siebie długie, wyćwiczone westchnienie, takie, jakie słyszałam niemal każdego dnia, odkąd ona i jej rodzina wprowadzili się po śmierci Eleanor. Westchnienie, które mówiło, że jestem utrapieniem. Problemem, którym żałowała, że ​​zgodziła się zająć.