Następnego dnia Sophie przyszła

— Bonjour, Sophie — powiedziała chłodno. — Widzę, że ciężko pracujesz… choć nie na tyle, by mój syn nie musiał zasuwać jak wół, co?

Słowa przecięły powietrze jak nóż. Klientki w środku zaczęły szeptać między sobą. Sophie wzięła głęboki oddech.

— To nie miejsce ani czas na takie rozmowy, proszę pani.

— Och, naprawdę? Ale miałaś czas przyjąć prezent od tatusia, prawda? Może opowiesz wszystkim, jak to mój syn mieszka w mieszkaniu, które nie jest jego?

Sophie poczuła, jak ściska jej gardło.

— Marc i ja dzielimy się wszystkim. To, co pani mówi, jest niesprawiedliwe.

— Niesprawiedliwe? — zaśmiała się z pogardą Claudine. — Mój syn zasługuje na coś własnego, a nie na życie pod dachem rozpieszczonej dziewczynki!

W salonie zapanowała cisza.

— Proszę stąd wyjść — powiedziała Sophie spokojnie.

Claudine uśmiechnęła się kpiąco i odeszła.

Ale rana została.

Tego wieczoru Marc wrócił późno. Sophie siedziała na kanapie, bez słowa.

— Twoja matka przyszła dziś do salonu. Zrobiła mi scenę przy klientkach.

Marc złapał się za głowę.

— Nie… prosiłem ją, żeby tego nie robiła.

— A jednak to zrobiła — odpowiedziała cicho. — Nie chcę, żeby znów pojawiła się w moim życiu. Nigdy więcej.

Marc milczał długo.

— To moja matka, Sophie.

— A ja jestem twoją żoną. Jeśli ty nie potrafisz postawić granic, zrobię to za ciebie.

Między nimi zapadła cisza — gęsta, ciężka.

Następnego ranka Sophie znalazła na stole karteczkę:

„Muszę pomyśleć. Zostanę kilka dni u mamy.”

Minął tydzień. Sophie pracowała jak zawsze, z uśmiechem, ale wieczorami wracała do pustego mieszkania, które teraz wydawało się obce i zimne.

Każdy oddech w tej ciszy bolał bardziej niż poprzedni.