Trumnę właśnie opuszczono do grobu, a on wciąż stał, nie czując zimna ani przemoczonych ubrań przyklejających się do skóry. Czuł się, jakby wraz z nią pogrzebano całe jego życie.
Wokół niego byli ludzie: partnerzy biznesowi, dalecy krewni, znajomi, których widywał tylko raz w roku. Podchodzili, ściskali mu dłoń, wypowiadali słowa, których nauczył się na pamięć, ale prawie nic nie słyszał. Wiedział, że wielu przyszło nie tylko po to, by się pożegnać, ale by go obserwować: bogatych, wpływowych… a teraz samotnych.
Kiedy tłum zaczął się rozchodzić, kierowca delikatnie przypomniał mu, że samochód czeka na niego przy wejściu. Mężczyzna skinął głową i ruszył dalej. Jego kroki grzęzły w mokrym śniegu, myśli się rozproszyły, a w jego wnętrzu pozostała jedynie ogromna pustka.
On i jego żona nigdy nie mieli dzieci. A teraz, w jego domu, nie było już głosów, które cenił.
Niedaleko wejścia, pod starą markizą, siedziała starsza kobieta. Pochylona, z ciemną chustą zawiązaną wokół głowy, siedziała na małym drewnianym stołku. Ludzie tacy jak ona często widuje się w pobliżu cmentarzy. Wdowiec zatrzymał się na chwilę i wyjął z kieszeni kilka monet, niemal nie patrząc.
„ Módl się za moją żonę ” – poprosił cicho.
Staruszka wzięła pieniądze, nie licząc ich, spojrzała na niego i długo mu się przyglądała. Jej oczy były jasne i niepokojące, jakby wiedziała o wiele więcej, niż mówiła. Po krótkiej ciszy nagle zapytała:
— A co powiesz swojej córce?
Mężczyzna pozostał sparaliżowany. Te słowa uderzyły go mocniej niż zimno.
Bo nigdy nie miał… córki.
Śnieg padał coraz mocniej, niemal zagłuszając wszelkie dźwięki ze świata zewnętrznego. Milioner, Édouard Salvatierra , stał jak sparaliżowany słowami staruszki, jakby ktoś nagle wyrwał mu dywan spod stóp.
„ Moja… córka?” – mruknął, a jego głos załamał się z emocji.
„ Tak ” – odpowiedziała staruszka spokojnie, ale ostro. „Co jej powiesz?”
Otworzył usta, nie mogąc ułożyć sensownego zdania.
„ Ja… ja nie mam dzieci” – wyjąkał.
Kobieta milczała przez kilka sekund. Wiatr świszczał w nagich gałęziach cyprysów, a śnieg delikatnie osiadał na jej zgarbionych ramionach.
Potem kontynuowała tym powolnym głosem, który zdawał się należeć do kilku pokoleń:
„ Nie masz dzieci… według ciebie.