Siedemdziesiąte urodziny, które

Ku własnemu zaskoczeniu nie krzyknęłam. Nie zrobiłam sceny. Nie rzuciłam kieliszkiem ani nie wybiegłam z restauracji. Po prostu odłożyłam widelec. Starannie otarłam usta materiałową serwetką i ułożyłam ją na talerzu z taką dokładnością, jakbym zamykała w sobie drzwi — jedne po drugich.

Najpierw spojrzałam na Richarda. Potem na Lenę i Brooke. Ich dłonie klaskały coraz wolniej, aż w końcu się zatrzymały, ale wyrazy twarzy długo nie chciały się zmienić.

„Proszę bardzo” — powiedziałam spokojnie, tak wyraźnie, że nawet kelner przystanął obok. „Świętujcie.”

Richard skrzywił usta, jakby czekał na błaganie, na łzy, na negocjacje. Na wszystko — tylko nie na ciszę i opanowanie.

„Ale zapamiętajcie jedno” — dodałam, przenosząc wzrok na córki. „Ja was nie urodziłam. Zabrałam was z rodziny zastępczej.”