Zatrzymałam się za drzewem, gdy cicho zapukał. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Stała tam moja teściowa, Kamla Devi.
Wyglądała na szczuplejszą niż zwykle. Zmęczoną. Jej ramiona wydawały się jakoś węższe.
Arjun podał jej torbę.
Porozmawiali krótko i weszli do środka.
Zatrzymałam się.
Przez cały ten czas… zanosił moje mleko swojej mamie.
Ale dlaczego?
Podeszłam bliżej, pozostając w ukryciu, i zajrzałam przez wąską szczelinę w uchylonych drzwiach.
W środku, w słabym świetle, zobaczyłam Pooję – moją bratową, żonę starszego brata Arjuna – siedzącą na cienkim materacu. W jej ramionach leżało noworodek, czerwony na twarzy i płaczący z głodu.
Pooja wyglądała na wyczerpaną. Bladą. Z zapadniętymi oczami.
Kamla Devi szybko podgrzała mleko i napełniła butelkę. Dziecko chwyciło ją desperacko. W ciągu kilku sekund płacz ucichł do małych, natarczywych łyków.
W pokoju zapadła cisza.
I w tej ciszy wszystko stało się jasne.
Pooja urodziła przedwcześnie. Była słaba i z trudem produkowała mleko. Żyli już od wypłaty do wypłaty. Mleko modyfikowane było drogie. Zbyt drogie.
Nie mogąc patrzeć, jak jej wnuk płacze z głodu, moja teściowa poprosiła Arjuna o pomoc.
Po cichu.