Agnieszka patrzyła na Piotra z dołu do góry — i po raz pierwszy od bardzo dawna nie czuła ani strachu, ani zagubienia. Tylko dziwny, lodowaty spokój. Wściekłość w środku przestała się miotać i uformowała się w coś ciężkiego, zbitego, jak kamień. — Wyjdź — powiedziała niespodziewanie twardo. Piotr zamarł. Wyraźnie nie spodziewał się takiego tonu. Nie krzyku, nie łez, nie błagania — rozkazu. — Co ty powiedziałaś? — zapytał powoli, mrużąc oczy. — Wyjdź z mojego pokoju. Teraz — powtórzyła Agnieszka, zmuszając się, by każde słowo zabrzmiało wyraźnie.
Uśmiechnął się krzywo i zrobił krok w jej stronę. — Ty w ogóle wiesz, do kogo mówisz? Masz gorączkę, histeryzujesz, nie kontaktujesz… — Kontaktuję lepiej niż kiedykolwiek — przerwała mu. — I jeśli zaraz nie wyjdziesz, zadzwonię po karetkę i na policję. Jednocześnie. Nie było w tym groźby. Tylko suchy fakt. Piotr parsknął śmiechem — głośnym, nieprzyjemnym. — No proszę, postraszyłaś mnie. Opowiesz lekarzom, że mąż kazał kopać ziemniaki? Pośmieją się i pojadą.