— Czy wy w ogóle macie sumienie?! Przecież kupiłam te produkty na święto dla dzieci!

— Podniosła głos. — A jutro mamy sześciu gości! SZEŚCIU, Tomaszu! — Porozmawiam z nimi… — mruknął. — Kiedy? — uśmiechnęła się gorzko. — Gdy znowu staną na podjeździe? Poszła do sypialni i zamknęła drzwi. Miała wrażenie, jakby krzyczała w pustkę. Zmęczenie spadło na nią falą — głębokie, stare, zbierane latami. Następnego dnia Maria obudziła się o szóstej rano. Nie przez budzik — przez niepokój. Po cichu zebrała się i pojechała do sklepu. Kupowała szybko, mechanicznie, licząc pieniądze i w myślach powtarzając: oby dziś nie przyjechali… tylko nie dziś…

Święto dzieci się udało. Było głośno, radośnie, szczerze. Ale Maria łapała się na tym, że co kilka minut jej wzrok mimowolnie kierował się ku oknu. Czekała. I doczekała się. Telefon zawibrował w kieszeni. Łukasz: Już wyjechaliśmy 😄 Będziemy niedługo! Maria poczuła, jak lodowacieją jej palce. Podeszła do Tomasza i bez słowa pokazała ekran.

— Zaprosiłeś ich? — zapytała cicho. — Nie… — odpowiedział zagubiony. — Myślałem, że… — Ty myślałeś. A oni — nie, — powiedziała Maria. Kiedy znajomy czerwony samochód wjechał na podwórze, Maria poczuła dziwny spokój. Strach zniknął. Została tylko jasność. Otworzyła drzwi jako pierwsza.

←PoprzedniNastępny→

Leave a Comment