Marcin stał w przejściu jak zapora. Ramiona miał napięte, szczęki zaciśnięte, a w oczach to znajome przekonanie, że ta przestrzeń — kuchnia, mieszkanie, jej czas — należą do niego. Anna zatrzymała się o krok od niego. Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało. Cisza była gęsta, ciężka, wypełniona zapachem rozlanej kawy i czegoś jeszcze — gniewu, który latami odkładał się pod skórą. — Nigdzie nie pójdziesz — powiedział w końcu, już ciszej. Ten ton był gorszy niż krzyk. — Nie rób scen. Ubieraj się i jedziemy. Mama czeka. Anna spojrzała na jego rękę, która powoli uniosła się i spoczęła na jej ramieniu. Nie ścisnął. Jeszcze nie. Ten gest był znany aż za dobrze — pewny siebie, przyzwyczajony do posłuszeństwa. — Zabierz rękę — powiedziała spokojnie.
— Anna, nie zaczynaj… — Zabierz. Rękę. Nie zrobił tego. Zamiast tego pochylił się nieco bliżej. — Naprawdę chcesz to wszystko zniszczyć? Przez jedną głupią sobotę? Anna uniosła głowę. Jej głos nie zadrżał. — To nie jest jedna sobota, Marcin. To są lata.
Następny→