Marcin stał w przejściu jak zapora.

Wyszła na klatkę schodową i zamknęła drzwi bez trzaskania. Powietrze było chłodne, świeże. Stała przez chwilę oparta o ścianę, pozwalając, by drżenie w rękach powoli ustąpiło. Potem zeszła po schodach. Telefon zawibrował, gdy była już na zewnątrz. Wiadomość od teściowej: „Gdzie jesteście? Pomidory więdną.” Anna spojrzała na ekran. Przez kilka sekund. Potem usunęła rozmowę. Godzinę później siedziała w małej kawiarni na rogu ulicy, z kubkiem gorzkiej herbaty w dłoniach. Po raz pierwszy od dawna nikt niczego od niej nie chciał. Myśli układały się powoli, ale jasno. Wiedziała, że to dopiero początek — że będą telefony, pretensje, może Karolina napisze coś pełnego wyrzutów. Ale wiedziała też coś jeszcze: nie cofnie się.

Wieczorem wróciła tylko po dokumenty. Marcin siedział w kuchni przy zgaszonym świetle. Na stole stały puste słoiki. — Zadowolona? — zapytał cicho. — Mama płakała. — Jest mi przykro — odpowiedziała Anna. — Ale ja już nie potrafię żyć cudzym życiem. Zabrała teczkę, klucze i spojrzała na niego po raz ostatni. — Odszłam nie przez pomidory — dodała. — Odeszłam, bo obok ciebie przestałam istnieć.