Tymczasem Izabela siedziała w małej kawiarni na drugim końcu miasta. Przed nią stała filiżanka zimnej już kawy. Jej telefon ponownie zawibrował. Spojrzała na ekran. Wiadomość. „Weszli do domu.” Izabela powoli wypuściła powietrze. Nie uśmiechnęła się. Po prostu na chwilę zamknęła oczy. A potem powiedziała cicho do siebie: — Sprawiedliwość. Dopiła kawę. Wyszła na ulicę. I po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, że oddycha się jej łatwiej. Trzy miesiące później proces trwał krótko. Dokumenty mówiły same za siebie. Fałszerstwo podpisu. Nielegalny kredyt. Próba oszustwa finansowego. Adrian Nowak już się nie uśmiechał. Kiedy wyprowadzano go z sali sądowej, po raz pierwszy zobaczył Izabelę. Stała przy oknie. Spokojna. Pewna siebie. Wolna. Zatrzymał się. — Wiedziałaś od początku? — wyszeptał. Izabela spojrzała na niego bez gniewu. — Tak. A potem dodała cicho: — Oczywiście… ciebie. I w tej chwili Adrian w końcu zrozumiał. Ona nigdy nie przegrała. Ona po prostu czekała.