Prokrastynacja w męskim wydaniu

Wszystko zaczęło się tego dnia, kiedy kupiłam w sklepie z narzędziami dwie fajne drewniane półki. Już wcześniej wypróbowałam je w myślach na ścianie w sypialni – tuż nad komodą – i wyobraziłam sobie, jak ustawiam tam klasyczne tomy i dodaję fikusa.

„Kochanie” – powiedziałam do męża, wnosząc pudła do mieszkania. „Kupiłam półki. Powiesisz je w ten weekend?”

Spojrzał na paczki i pewnie skinął głową. „Oczywiście. Zrobię to w sobotę rano”.

Gdybym wtedy wiedział, że między tą radosną „sobotą” a faktycznym pojawieniem się półek na ścianie minie sześć miesięcy, prawdopodobnie od razu wziąłbym młotowiertarkę. Ale jestem cierpliwy. Do pewnego stopnia.

Kroniki wymówek: Encyklopedia męskiej prokrastynacji

Przez pierwsze dwa tygodnie nie zawracałem sobie głowy przypominaniem im o tym – byli zmęczeni i przytłoczeni, jak to zwykle bywa. Półki stały w kącie korytarza, stopniowo pokrywając się kurzem i od czasu do czasu przewracając się, gdy ktoś je kopnął.

W trzecim tygodniu delikatnie mu przypomniałam. „O, racja!” – mój mąż uderzył się w czoło. „Nie mam wiertła o odpowiedniej średnicy do betonu. Kupię jedno i od razu wszystko powieszę”.

Uwierzyłam w to. Tydzień później wiertło wciąż się nie pojawiło, więc sama kupiłam jedno w drodze z pracy i po cichu położyłam je na kuchennym stole. Mój mąż spojrzał najpierw na zakup, a potem na mnie. „Świetnie ci idzie, oczywiście, ale naciągnąłem sobie plecy na dzisiejszym treningu. Zróbmy to trochę później, jak się poprawi?”

Przez następne sześć miesięcy usłyszałem tyle wyjaśnień, dlaczego nie można wywiercić czterech otworów w ścianie, że wystarczyłoby ich na pracę badawczą na temat mechanizmów unikania.

Albo jest za późno i sąsiedzi będą niezadowoleni, albo nie ma nastroju i „bez nastroju sprawy pójdą źle”. Albo burze magnetyczne, albo retrogradacja Merkurego, albo ważny mecz, albo zmęczenie i chęć „po prostu się położyć, a ty znowu marudzisz”.

Każda próba przypomnienia jej o tym automatycznie przeradzała się w marudzenie. Z zachwytem patrzyłam, jak stopniowo z ukochanej żony przeistaczam się w irytujący hałas w tle, który należało zignorować. A półki wciąż stały w korytarzu.

Temperatura wrzenia

Najbardziej bolesne w takich historiach jest uświadomienie sobie, że twoja prośba i twoja wygoda znajdują się gdzieś na dole listy priorytetów, zaraz po kanapie i telefonie.

W tamten wtorek wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Mój mąż miał wrócić później. Znów potknęłam się o pudła w korytarzu i nagle zdałam sobie sprawę: nie chcę już dłużej koło nich chodzić. I nie chcę im o tym przypominać.

Postanowiłem działać.

Na podeście spotkałem mojego sąsiada Dimę – niezwykle utalentowanego człowieka, który zdawał się być w stanie naprawić wszystko. Byliśmy w przyjacielskich stosunkach: witaliśmy się i czasami rozmawialiśmy o opłatach za media.

„Dima, mógłbyś mi pomóc?” – zapytałam. „Kupiłam półki dawno temu, ale mój mąż jest ciągle zajęty i jeszcze ich nie powiesił. Zajmie mi to tylko jakieś dziesięć minut. Jestem ci winna kawę i ciasto; właśnie upiekłam.”

Dima uśmiechnął się. „Nie ma problemu! Wezmę tylko narzędzia i wejdę”.

Kilka minut później badał już ścianę sypialni, stukając w nią kostkami palców, wyjmując wiertarkę udarową i zaznaczając otwory. Pomagałem mu, trzymając odkurzacz, żeby nie rozpryskiwały się odłamki betonu. Żartowaliśmy, a prace postępowały szybko. Pierwszy otwór był gotowy, gdy zamek w korytarzu zatrzasnął się.

Szczerze mówiąc, nie planowałam żadnego show. Ale akurat w tym momencie pojawił się mój mąż.

Wszedł do sypialni i zobaczył obraz: jego żona i sąsiad siedzieli na drabinie z narzędziami w rękach i robili to, co on sam odkładał przez sześć miesięcy.

Wyraz jego twarzy sam w sobie zasługiwał na nagrodę teatralną. Było w nim wszystko: uraza, irytacja, zraniona duma i oczywiście zazdrość.

„Dobry wieczór” – mruknął.

Dima, niczego nie podejrzewając, odpowiedział radośnie: „Cześć! Pomagam twojej żonie urządzić przytulne wnętrza, bo inaczej powie, że nigdy się do tego nie zabierzesz”.

To było bolesne. Mój mąż zrobił się tak czerwony, że bardzo martwiłam się o jego ciśnienie.

„Dziękuję, Dima” – powiedział chłodno, podchodząc do drabiny. „Zajmę się resztą”.

„Tak, już prawie skończyłem…” – próbował zaprotestować sąsiad.

„Zrobię to sam” – powtórzył mąż i dosłownie wyrwał mu wiertarkę z rąk.

Poczułem się niezręcznie w obecności Dimy, więc wręczyłem mu obiecane ciasto i odprowadziłem go do wyjścia, przepraszając za napięcie. Wracając do sypialni, zastałem tam ożywione zamieszanie.

Magia rywalizacji

To niesamowite: mojego męża nagle przestały boleć plecy, a zmęczenie po pracy gdzieś zniknęło.

Pracował w ciszy i skupieniu. Wiertło z łatwością wbiło się w beton, a kołki wbito już za pierwszym uderzeniem.

Piętnaście minut później obie półki wisiały idealnie poziomo. Kilkakrotnie sprawdził je nawet poziomicą.

Skończywszy, odłożył narzędzia, pozbierał śmieci – co, nawiasem mówiąc, nie było wcześniej jego zwyczajem – i usiadł na łóżku, patrząc na mnie ciężkim wzrokiem.

„I po co to wszystko?” – zapytał. „Chciałeś mnie upokorzyć? Nazwałeś to… asystentem. Nie mogłem tego zrobić sam?”

„Oczywiście, że mogę” – odpowiedziałem spokojnie. „Jesteś najlepszym, jakiego kiedykolwiek miałem. Czekałem tylko sześć miesięcy. I ciągle ci przypominałem. Myślałem, że moje prośby nie są dla ciebie ważne”.

Pozostał milczący.

„Nie dzwoniłam do Dimy, żeby cię skrzywdzić” – skłamałam trochę, bo może w głębi duszy naprawdę chciałam go przycisnąć. „Po prostu mam dość czekania. Jeśli nie znajdziesz czasu, rozwiążę problem w przystępny sposób”.

Wieczór minął w napiętej ciszy. On się dąsał, ja odkładałam książki i chwaliłam efekt: „Jak pięknie wyszło! Jesteś moim złotem!”

Gdy zbliżała się noc, mój mąż przestał się obrażać. Podszedł od tyłu, przytulił mnie i mruknął mi w włosy: „Następnym razem po prostu powiedz, a ja to zrobię. Nie chcemy obcych w domu”.