Wracając od kochanki, mąż z ulgą odetchnął: żony nie było w domu, nie trzeba będzie się tłumaczyć. Ale już po kilku sekundach ta ulga pękła jak cienki lód pod ciężkim krokiem — zauważył kartkę.

Ale przed czymś większym, co prawdopodobnie już zostało zniszczone. — Czego chcesz? — zapytał ponuro. — Sprawiedliwości. I szacunku dla samej siebie. Przynajmniej raz. Zamknęła teczkę. — Składam wniosek o rozwód. Jeśli podpiszesz dobrowolną umowę o podziale majątku, bez ciągnięcia sprawy do sądu — nie pójdę na policję. Rozstaniemy się w ciszy. Dla dobra naszego syna. — A jeśli nie? — Wykorzystam wszystko, co mam. Wiadomości, przelewy, umowę najmu. I sąd stanie po mojej stronie. — Już wszystko zdecydowałaś. — Tak. Sześć miesięcy temu. Te słowa uderzyły go mocniej niż jakikolwiek krzyk. — Już mnie nie kochasz? Elisa długo na niego patrzyła. — Kochałam cię przez dwadzieścia trzy lata. Nawet gdy zaczęłam wiedzieć wszystko. Kochałam cię — i każdego dnia coś we mnie umierało. Potem w pewnym momencie zostało tylko pustka. I spokój. Ten „spokój” zabrzmiał straszniej niż nienawiść. — Mogę wszystko przerwać — powiedział szybko. — Zrezygnuję z najmu. Przestanę jej wysyłać pieniądze. Uporządkujemy to. — Nie rozumiesz — powiedziała łagodnie. — Już nie chodzi o Klarę. Chodzi o twoje wybory. Nie jeden raz. Każdego dnia. Wstała.