Z potrzeby niezależności i w cieniu politycznych napięć narodził się jeden z największych sukcesów II Rzeczypospolitej- port w Gdyni. Jeszcze niedawno niewielka wioska rybacka – w kilkanaście lat stała się nowoczesnym oknem Polski na świat.
Własny port na polskiej ziemi
Po zakończeniu I wojny światowej i zawarciu przez mocarstwa traktatu wersalskiego zyskaliśmy dostęp do morza, ale nie do Gdańska, który znalazł się pod nadzorem Ligi Narodów. Senat Wolnego Miasta Gdańska nie zawsze chciał respektować przyznane Polsce prawa. Skargom i procesom z obu stron nie było końca. A problem istniał i był poważny.
Dostrzeżono to szczególnie wyraźnie w 1920 roku, kiedy Polska toczyła bój z bolszewickim najazdem. Sprowadzaliśmy wtedy broń z zagranicy, ale najpierw musiała ona do nas dotrzeć drogą morską. Tymczasem w lipcu 1920 roku w Gdańsku zastrajkowali dokerzy…
Nic więc dziwnego, że coraz częściej mówiono o konieczności budowy nowego, własnego portu. Dobrze oddają to słowa kontradmirała Kazimierza Porębskiego, zacytowane w 1922 roku przez „Straż nad Wisłą”. Stwierdził on, iż „utorowanie drogi do morza przez własne wybrzeże morskie (…) jest jednym z najpierwszych obowiązków Rządu i całego Narodu”. Pomysły budowy wyłącznie polskiego portu pojawiały się jednak już wcześniej.
Pierwszy formalny wniosek złożono na początku 1920 roku, podczas obrad Sejmu Ustawodawczego. Towarzyszyła mu przemowa Wojciecha Trąmpczyńskiego, który podkreślał: „Potężne państwo polskie nie może ścierpieć, aby centrum jego handlu zamorskiego leżało poza granicami kraju. Zatem natychmiast winniśmy przystąpić nie tylko do tworzenia własnej floty, ale i do budowy własnego portu na polskiej ziemi”.
Przeczytaj także: Konflikt o korytarz polski