„Przyjaciela już rozstrzelano”. Kijów 1937 i codzienność strachu

W kijowskim epizodzie swojej podróży z 1937 roku Bernard Newman spotyka młodego komunistę i wdaje się w dyskusję o ustroju, wolności i propagandzie. Z pozoru zwyczajne sceny z życia miasta stopniowo odsłaniają rzeczywistość kontroli i lęku. Aresztowanie za fotografię, zanik religii i wreszcie informacja o rozstrzelaniu „wroga ustroju” układają się w poruszający obraz codzienności naznaczonej strachem w ZSRR.

Tekst jest fragmentem książki Bernarda Newmana Rowerem na Wschód 1937 (wyd. polskie: Znak Horyzont, 2025)

Cenzura i rozmowa o socjalizmie

W Kijowie moje skromne osiągnięcia literackie miały przynieść kolejne pożytki. Kiedy przyjechałem, powitał mnie młodzian tak apatyczny, że z trudem zachowywał formy – był to przydzielony mi ówcześnie tłumacz. Z taką niechęcią przekazywał informacje, że po jakichś trzydziestu sekundach przestałem zawracać mu głowę. Nie mogę mieć do niego pretensji – przez kilka lat stawiał czoła hordom turystów zadających dokładnie te same pytania, na które odpowiedzi przeważnie mogli sami znaleźć na długo przed wyjazdem z Anglii czy Ameryki.

Następnego jednak wieczoru zastałem go w hallu, gdzie czekał na mnie rozpromieniony, z przyjacielskim uśmiechem na twarzy.

– Wielkim błędem jest sądzić, że Belgia jest kompletnie płaska – zaczął recytować. – A jeszcze większym błędem jest sądzić, że to, co płaskie, na pewno jest nieciekawe. Nie miałem bladego pojęcia, o czym on mówi, ale wypowiadane przez niego słowa jakoś znajomo mi brzmiały. Raptem chłopak wyciągnął zza pleców gazetę i wszystko stało się jasne. Oczywiście wyczyny George’a interesują rowerzystów, a opisy naszych wypraw zawsze ukazują się w piśmie „Cycling”.

Kiedyś wraz z George’em, szukając niewielkiej odmiany, udaliśmy się na wielki objazd Belgii, a ja zdałem z niego relację – pan Stalin zacytował teraz pierwszą jej linijkę.

– Nie wiedziałem, że pan jest t y m Bernardem Newmanem – oznajmił, przerywając recytację moich wstępnych uwag o Belgii. Widać było, że Kijów robił, co mógł, by woda sodowa uderzyła mi do głowy.

– Czytał mnie pan? – zacząłem nieufnie badać sytuację.

– Tylko to – tu pomachał egzemplarzem „Cycling”. – Ale słyszałem o panu.

– Tak z czystej ciekawości: jak u diabła zdobył pan to pismo?

– Nie wiem, jak znalazło się w Kijowie – odpowiedział. – Ale trafiło do moich rąk sześć tygodni temu. Mamy tu niewielkie grono osób mówiących po angielsku i okropnie brakuje nam angielskiej lektury.

– Ależ, człowieku, w Anglii co roku wychodzi gdzieś tak z piętnaście tysięcy nowych książek. Nie możecie sobie paru sprowadzić?

– Nie wolno ich importować.

– To dlaczego nie sprowadzicie jakichś angielskich gazet? – zapytałem.

– Nie wolno ich importować – powtórzył. – Z wyjątkiem „Daily Worker”180. Pod względem politycznym to słuszne pismo, ale nie sądzę, żeby posługiwało się najlepszą angielszczyzną.

fot.Obraz z zasobów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych / domena publiczna Kijów ok. 1900

Leave a Comment