Wieczorem, kiedy moja żona wspomniała o zjeździe absolwentów, prawie nie odrywałem wzroku od telefonu.
Stała w drzwiach kuchni, światło padało na krawędź zaproszenia w jej dłoniach. W jej uśmiechu była pełna nadziei łagodność – coś, czego naprawdę nie dostrzegłem, dopóki nie zniknęło. Bez namysłu, bez okrucieństwa, ale z arogancją, odezwałem się.
„Naprawdę chcesz iść?” – zapytałam lekko. „To znaczy… to może być niezręczne. Jesteś teraz po prostu mamą na pełen etat. Możesz czuć się nie na miejscu”.
