Wszedłem do tego małego, ciemnego mieszkania, niosąc siedem lat dystansu niczym zbroję. Każdy krok wydawał się wyćwiczony, każdy oddech powściągliwy. Wyobrażałem sobie tę chwilę wielokrotnie, zazwyczaj z gniewem wyostrzonym w coś czystego i zdecydowanego. Spodziewałem się zobaczyć parę, która wybrała siebie nawzajem i jakimś cudem odniosła sukces moim kosztem. Zamiast tego zastałem nie triumf, lecz ruinę. Przede mną siedziały dwie osoby, zdruzgotane własnymi decyzjami, pozbawione pewności siebie, którą kiedyś zdawały się posiadać.
Ciało mojego męża wyglądało, jakby już się żegnało. Choroba go wyniszczyła, pozostawiając kogoś kruchego i obcego. Moja siostra siedziała obok, z oczami przesłoniętymi bezsennością i wstydem, pochylona w sobie, jakby próbowała zniknąć. W pokoju panowała ciężka cisza żalu. Nikt nie prosił mnie o wybaczenie. Nikt nie próbował usprawiedliwiać tego, co zrobili. Nie było przemówień, próśb, tylko ciche przyznanie, że to konsekwencja ich wyborów.