Kiedy cztery miesiące temu odszedł mój syn, mój świat rozsypał się w sposób, na który nigdy nie byłbym przygotowany. Zostawił żonę Lynn i dwójkę maluchów – wszystkie mieszkały pod moim dachem przez ostatnie sześć lat. Dom, który kiedyś tętnił śmiechem, odgłosami drobnych kroków i codziennym rodzinnym chaosem, nagle stał się nieznośnie cichy. Każdy pokój niósł wspomnienie. Każdy kąt przypominał mi o tym, co straciłem.
Tonęłam w żalu… ale nie byłam jedyna. Lynn również cierpiała, starając się być silna dla dzieci, jednocześnie po cichu dźwigając własny ból. I gdzieś po drodze ciężar tego wszystkiego stał się dla mnie zbyt wielki. Pewnego popołudnia, targana emocjami, powiedziałam jej, że musi się wyprowadzić. Przekonałam samą siebie, że dystans, ta przestrzeń, może pomóc nam obojgu odetchnąć – że może to jedyny sposób, byśmy oboje mogli się uleczyć.