Słońce wisiało wysoko nad tętniącą życiem główną ulicą, rzucając ostre cienie na chodnik, gdy czekałem w pobliżu wózka z kawą. To była sobota, w której miasto rozkwitało na rutynowych próbach i przypadkowych pogawędkach. Moje oczy dryfowały po tłumie, wirując znajomymi twarzami owiniętymi w wygody ich weekendu.
Właśnie miałem odebrać drinka, kiedy coś niezwykłego przykuło moją uwagę. Stary motocyklista, człowiek często zawinięty w powietrze z powodu jego skórzanej kurtki i blizn, nagle upadł na kolana przed płaczącym dzieckiem na środku chodnika.
