Sebastián Moreno nie pasował do mojego świata. To była pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, gdy zobaczyłem jego lśniącego, czarnego Mercedesa AMG podjeżdżającego przed mój garaż w madryckiej dzielnicy Carpanchel. Mój świat pachniał spalonym olejem, świeżo wypranymi pieluchami i odgrzewaną kawą. Byłem pewien, że jego skóra jest włoska, jego biuro na Paseo de la Castellana ma klimatyzację, a ta droga woda kolońska unosiła się w powietrzu długo po odejściu właściciela.
Pracowałem pod starym Seatem Leonem i próbowałem otworzyć zardzewiałą miskę olejową, która ani drgnęła. Mój ośmiomiesięczny synek, Mateo, siedział w swoim małym padoku w najbezpieczniejszym kącie garażu, gawędząc i stukając w kraty plastikowym kluczem. To była nasza symfonia na ten dzień.
