Odkryłem ją pewnego świeżego, słonecznego poranka, spacerując cichą ścieżką. Skulona w pokrytej szronem trawie, wyglądała jak maleńki, nowonarodzony szczeniak: różowa, bez sierści i ledwo trzeźwa.
Była tak krucha, że trudno było stwierdzić, czy oddycha. Instynktownie owinęłam ją szalikiem i pobiegłam do domu, umieszczając ją w pudełku po butach pod lampą grzewczą, po czym zabrałam ją prosto do najbliższego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt.
