Testament
Rodzice, którzy wyrzucili mnie z domu, gdy miałem osiemnaście lat, siedzieli teraz w pierwszym rzędzie sali sądowej — w designerskich garniturach, z uśmiechami pachnącymi perfumami i chciwością.
Myśleli, że już wygrali, jeszcze zanim sędzia otworzył testament mojego dziadka.
Nie spojrzałem na nich. Jeszcze nie. Chciałem, żeby się spocili, zanim ostrze opadnie.
Gdy miałem osiemnaście lat, wyrzucili mnie za drzwi — z walizką i zdaniem: „Teraz jesteś zdany na siebie.”
Wtedy jeszcze wierzyłem, że miłość jest bezwarunkowa.
Szybko jednak się nauczyłem: w ich oczach uczucie było inwestycją, nie emocją.
Gdy mój fundusz powierniczy wyschł, wyschła też ich troska.
W święta mój telefon milczał. Krewnym mówili, że „jakoś sobie poradzę”.