Sześć tygodni wcześniej stałam w śniegu po kolana, sztywnymi z zimna palcami ściskając torbę z pieluchami, podczas gdy mój nowo narodzony synek płakał, wtulony w moją pierś.
Wiatr wył tak głośno, że pochłonął mój głos.
„Wynoś się” – powiedział mój mąż, a jego twarz była twarda i obca. „Nie dam już rady. Ani z tobą. Ani z dzieckiem.”
Nawet nie zaczekał, żeby sprawdzić, czy nie poślizgnęłam się na lodzie. Nie obejrzał się za siebie, gdy światła jego tylnych lamp zniknęły w białej poświacie zamieci.
Tamtej nocy, mój synek i ja, ledwie przeżyliśmy.
Jadący tędy kierowca ciężarówki zobaczył mnie, jak leżę nieprzytomna przy drodze i wezwał pomoc. Obudziłam się w szpitalu z odmrożonymi dłońmi, z lekarzem, który mówił mi, że mam szczęście, że żyję, i z pielęgniarką, która kładła mi w ramiona mojego malutkiego synka, jakby był ostatnią ciepłą rzeczą na tym świecie.
Płakałam, aż bolała mnie klatka piersiowa – nie tylko ze strachu, ale i z powodu zdrady.
Kochałam tego mężczyznę. Ufałam mu. Zbudowałam z nim życie.