Sala była chłodna od klimatyzacji, a wszystko wyglądało jak z podręcznikowej uroczystości: flaga po prawej stronie mównicy, miękkie dźwięki muzyki w tle i cateringowy stół, na którym dzbanek mrożonej herbaty zostawiał mokry okrąg — jak kropkę na końcu zdania.
Kiedy weszłam na scenę po swój dyplom medyczny, szukałam wzrokiem rodziców. Tata siedział nieruchomo, jakby czekał na cud, który nie miał się wydarzyć. Mama klaskała krótko, bardziej z obowiązku niż z dumy. Uśmiech miałam wyuczony, bo w środku drżałam z napięcia i zmęczenia po latach nauki.
