Drzwi zamknęły się za nim bez najmniejszego dźwięku. Nawet nie miał na tyle godności, żeby nimi trzasnąć. Wyszedł jak intruz, który w końcu zrozumiał, że nie ma już miejsca w domu, który przestał go chcieć.
Zostałam sama w swoim mieszkaniu — w tym mieszkaniu „wynajmowanym od banku”, jak powiedziała Małgorzata — i po raz pierwszy od wielu miesięcy cisza nie przygniatała mnie ciężarem. Była jak ulga. Jakby ktoś w końcu otworzył okno w dusznym pokoju, w którym od dawna zabrakło powietrza.
