W wieczór moich 70. urodzin założyłam granatową sukienkę, którą trzymałam „na wyjątkową okazję”. Do tego perły — takie, o których mama zawsze mówiła, że dodają mi powagi i klasy. Lena i Brooke, moje córki, uparły się, że świętowanie musi odbyć się w eleganckiej restauracji: białe obrusy, jasne światło, wszystko dopięte na ostatni guzik.
Mój mąż, Richard, przez cały czas miał na twarzy zbyt szeroki uśmiech, jakby grał rolę, a nie uczestniczył w moim święcie. Usiedliśmy w półokrągłej loży z kilkoma znajomymi z kościoła, parą sąsiadów oraz wspólnikiem Richarda z żoną. Za moimi plecami dyndały balony, a na torcie różowym lukrem napisano: „70 i wspaniała, Diane!”.
Wznoszono toasty, padały miłe historie: o tym, że zawsze umiałam zorganizować każde święta, że nie opuszczałam szkolnych przedstawień, że trzymałam rodzinę w całości, nawet gdy wymagało to ode mnie więcej, niż ktokolwiek widział.
- Restauracja pełna znajomych i „życzliwej” atmosfery
- Stół jak z katalogu: balony, tort, białe obrusy
- Opowieści o mnie — tej, która zawsze spajała rodzinę
Po przystawkach Richard nagle wstał. Z brzękiem stuknął łyżeczką w kieliszek, przyciągając uwagę nie tylko naszego stolika, ale i sąsiednich. „Chcę coś powiedzieć” — oznajmił głośno, tonem człowieka pewnego, że ma prawo do sceny.
„Diane, byłaś wspaniałą partnerką. Ale nie mogę już tak żyć. Odchodzę.”