Była wtorkowa noc, dokładnie 23:47. Stałem boso w swojej kuchni, na wpół śpiący, z zimnym kawałkiem pizzy w jednej ręce i plikiem dokumentów prawnych w drugiej.
Na pierwszej stronie widniało moje pełne imię i nazwisko, wydrukowane tłustą czcionką. Pod nim znajdowała się linia przerywana, a obok niej trzy słowa, których nigdy w życiu nie spodziewałem się zobaczyć w takim kontekście: podpis męża.
