Gabinet był lekarski oślepiająco biały — zbyt sterylny jak na niepokój, który czułem w trzewiach.
Siedziska sztywne, ściskające rąbek swetra, unikające osłabienia odbicia teściowej w szklanych urządzeniach.
„Doktor Sanders” – zaczął gładko, a jej głos brzmiał sztucznie słodko – „Maya ma brutalnie do… dramatyzowania. Za bardzo się martwi. Chłopak ma po prostu lekką grypę żołądkową”.
trzebam rumieniec na twarz. Chłopiec. Mój syn, Eli, wymiotował co wieczór po kolacji. Jego maleńkie rączki drżały; czasami budził się z płaczem, zlany potem. Błagałam ją, aby dotrzeć, że coś jest nie tak, ale Margaret upierała się, że to „problem behawioralny, a nie medyczny”.
