Alexander Hayes był człowiekiem, którego ludzie albo się bali, albo mu zazdrościli. W wieku czterdziestu pięciu lat zarządzał globalnym imperium technologicznym, posiadał wieżowce i dyktował warunki na rynkach z własną marką. Świat nazywał go błyskotliwym – niektórzy nazywali go bezwzględnym. Niewielu nazywało go człowiekiem. Od śmierci żony Amelii trzy lata wcześniej Alexander pogrążył się w pracy, budując mury wokół swojego żalu.
Mieszkał w szklanej i marmurowej rezydencji na Upper East Side, otoczony ciszą – z wyjątkiem miękkich, nierównych kroków jego pięcioletniego syna, Ethana. Urodził się ze słabymi nogami i chodził o kulach. Śmiech chłopca był rzadki, a obecność ojca jeszcze rzadsza. Alexander wychodził o świcie, wracał po zmroku i pozwalał zespołowi pracowników wychowywać dziecko, które kochał, ale do którego nie wiedział, jak dotrzeć.
