Dni zamieniały się w mgłę antyseptycznych zapachów, szpitalnych posiłków i sesji fizjoterapii. Z każdą mijającą godziną odnajdywałam jasność w cichych chwilach pośród chaosu. Jasność zrodzona z bólu, zdrady, surowej, niefiltrowanej rzeczywistości rozpadającego się życia.
Tydzień później Daniel wrócił. Tym razem nie był sam. Obok niego stała kobieta, mocno trzymająca go za rękę. Jej spojrzenie spotkało się z moim i przemknął nam błysk rozpoznania. „Czekaj… ona jest moja…” zaczęła, ale słowa uwięzły jej w gardle.
