Był łagodny październikowy wieczór w centrum Chicago – taki, kiedy rzeka mieniła się złotą barwą zachodzącego słońca, a wszystko wydawało się odrobinę łagodniejsze, bardziej wyrozumiałe. W Marlowe’s, renomowanej bistro z gwiazdką Michelin, znanej z fuzji smaków i eleganckich widoków na panoramę miasta, w tle rozbrzmiewał delikatny jazz, a kelnerzy przemykali obok z kunsztownie podanymi daniami głównymi.
Przy cichym stoliku w kącie mężczyzna po pięćdziesiątce – Richard Evans – poprawiał spinki do mankietów, przygotowując się do krojenia idealnie podsmażonego, sezonowanego antrykotu. Każdy centymetr jego ciała emanował sukcesem. Granatowy garnitur szyty na miarę. Rolex wystający z nadgarstka. Srebrne pasemka we włosach, zaczesane niczym plan. Był to typ mężczyzny, którego mija się na ulicy i o którym można by pomyśleć: potężny, elegancki, samotny.
