To był jeden z tych letnich dni, kiedy powietrze migocze niczym miraż. Upał wzbijał się falami na asfalt, a świat wokół zdawał się zwalniać, przyćmiony słońcem. Dla Minha, właściciela małego sklepu z artykułami gospodarstwa domowego, ukrytego przy cichej uliczce, wszystko szło jak zwykle. Stał za ladą, na wpół zatopiony w rytmie liczenia dziennych zarobków, co kilka sekund ocierając pot z czoła.
Popołudniowa cisza była kojąca – dopóki nie została przerwana.
