To była jedna z tych zwyczajnych podróży, taka jazda metrem, gdzie wszyscy pogrążeni są we własnych myślach. Niektórzy wracali do domu po pracy, inni przeglądali telefony, a jeszcze inni po prostu wpatrywali się w ciemne tunele pędzące za oknami. W powietrzu unosiła się zwykła mieszanka zmęczenia i niecierpliwości, a ciszę przerywał jedynie pisk metalu na szynach.
Wtedy spokój się urwał. Do wagonu weszła młoda matka, pchając wózek z dzieckiem w środku. Przez kilka minut panował spokój. Wkrótce jednak dziecko poruszyło się, poruszyło, a potem zaczęło płakać – najpierw cicho, a potem z tą nagłą, jaką potrafi wyrazić tylko głodne niemowlę.
