W kawiarni słychać było ciche rozmowy i brzęk sztućców. Był zimny wtorkowy poranek w Kijowie. Taki, który sprawia, że ludzie stają się rozdrażnieni i niecierpliwi. Ekspres do kawy syczał, naleśniki skwierczały na patelni, a pośród tego zamieszania stała Anna Kowalczuk.
Dwudziestosiedmioletnia kelnerka o bystrym spojrzeniu, spokojnej twarzy i charakterze zahartowanym trudami życia. W nieskazitelnie białym uniformie, z włosami starannie spiętymi w kok, poruszała się między stolikami jak w zegarku. Rzadko się uśmiechała; życie rzadko dawało ku temu okazje, ale zawsze pozostawała uprzejma i dostojna. Przy stoliku numer dziewięć atmosfera już się nagrzewała.
