Siedziałam w poczekalni izby przyjęć, kołysząc moją nowonarodzoną córeczkę, Olivię. Miała zaledwie trzy tygodnie, paliła mnie gorączka i nieważne, jak mocno ją tuliłam, nie przestawała płakać. Ręce mi się trzęsły, gdy próbowałam utrzymać jej butelkę. Całe ciało wciąż bolało mnie po cesarskim cięciu, a nieprzespane noce sprawiły, że miałam zapadnięte oczy i byłam wyczerpana.
Szeptałam bez przerwy: „Cicho, kochanie, mama jest tutaj”, mimo że mój głos się łamał. Modliłam się – błagałam – żeby się uspokoiła.
