Nie zaprosiłam go od razu. Przez chwilę po prostu patrzyłam, próbując połączyć w głowie obraz człowieka, który rzuca całe wspólne życie, z tym, który teraz stoi, jakby wracał z dalekiej podróży, a nie z mieszkania oddalonego o trzy przystanki tramwajem.
Usiedliśmy przy stole.
– Myślałem, że to będzie inne – powiedział. – Lekkie, spontaniczne, jak film. Ale życie z Anią to… jak nieustanna impreza, w której nikt nie posprząta. Praca, wyjścia, znajomi, zero ciszy. A ja pierwszy raz zrozumiałem, jak bardzo tę ciszę lubię. Jak bardzo lubię naszą kuchnię. Ciebie.
