Karta bankowa w mojej dłoni wydawała się cięższa niż powinna. Reprezentowała pieniądze, które zaoszczędzili nie dla siebie, ale dla mojego syna. Bezsłowne przeprosiny za lata, które przetrwałam samotnie, wychowując go bez wsparcia, odbudowując życie po czymś, co zostało rozbite. Natychmiast zrozumiałam symbolikę. To była ofiara złożona zbyt późno, ale szczerze. Mogłam ją przyjąć, odwrócić się i odejść z nienaruszoną prawością. Nikt by mnie nie winił. Zostałabym usprawiedliwiona.
Zamiast tego, niemal wbrew własnemu rozsądkowi, wybrałem coś innego. Wykorzystałem te pieniądze, by walczyć o życie człowieka, który złamał moje. Decyzja ta nie wynikała z przebaczenia ani z odzyskanego zaufania. Wynikała ze zmęczenia. Miałem dość pozwalania, by ich zdrada dyktowała kształt mojego serca. Miałem dość noszenia gniewu jako dowodu na to, co mi zrobiono. Chciałem, żeby moja przyszłość znów należała do mnie.