Dzień, w którym go zobaczyłem był kolejnym szarym porankiem na obrzeżach miasta – pęknięty chodnik przystanku autobusowego migoczący wczesnym światłem i słabym zapachem deszczu w powietrzu.
Był tam, człowiek, który wszystko, co życie rzuciło w niego, zmagał się z ciężarem bliźniaków, przykutych do chłodu.
